W czasie I Wojny Światowej wojska niemieckie straciły ponad 2 miliony żołnierzy. Z każdej wioski zginęło przynajmniej kilka osób i im, w prawie każdej wiosce, stawiano pomniki. Czczenie pamięci żołnierzy - ofiar walk narodowo-wyzwoleńczych i wojen, rozpoczęło się od 1813-1815 r., tj. od czasów wojen napoleońskich. 3. Rozpoczęcie II wojny światowej Wojna wybuchła 1 września 1939 po ataku III Rzeszy Niemieckiej w porozumieniu z ZSRR. Pierwszy etap wojny, nazywany wojną obronną Polski lub tradycyjnie w piśmiennictwie kampanią wrześniową, rozpoczął ją o godzinie 4:40 nalot na Wieluń, przeprowadzony przez eskadrę 4 Floty Powietrznej feldmarszałka Wolframa von Richthofena. Kilka minut Fraza: niemieckie pojazdy wojskowe ii wojny światowej w internetowym sklepie Empik.com. Przeglądaj tysiące produktów, zamów i skorzystaj z darmowej dostawy do salonów Empik w całej Polsce! empikfoto.pl empikbilety.pl EmpikGO Papiernik Kontakt Pomoc Biznes Aplikacja mobilna Empik Pasje Empik Premium Zostań sprzedawcą W czasie Powstania Warszawskiego obie strony walczące prowadziły typową podziemną wojnę minerską, przypominającą zmagania z okresu I wojny światowej, czy średniowieczne metody zdobywania zamków. Wykonywano podkopy i tunele, by podłożyć tam ładunki wybuchowe i zniszczyć obrońców lub wedrzeć się do budynków. Atak z trzech kierunków. Miażdżąca przewaga w broni pancernej i lotnictwie oraz taktyka wojny błyskawicznej. Wszystko to miało zapewnić Niemcom szybkie i bezproblemowe zwycięstwo w wojnie z Polską. Tymczasem kampania przeciągnęła się aż do października, zaś straty były znacznie wyższe niż zakładano. Niemieckie siły, które uderzyły 1 września 1939 roku na Polskę W ocenie autora książki "Nazistowscy miliarderzy" podczas gdy kolejni przywódcy polityczni w Niemczech brali odpowiedzialność za wydarzenia prowadzące do II wojny światowej oraz podczas jej . W Polsce cenimy niemieckie marki motoryzacyjne i chętnie sięgamy po tak znane samochody, jak choćby Volkswagen Golf i Passat, Audi A4, czy też różne modele BMW oraz Mercedesa. Dziś to prężnie działające koncerny, które od wielu dziesięcioleci rozwijają się w niebywałym tempie i – mimo wpadek – stale zwiększają swoją sprzedaż. Firmy te, o czym nie każdy wie, mają jednak w swojej historii epizody, które przez długie dziesięciolecia były ukrywane. Nic w tym zresztą dziwnego, bo trudno szczycić się współpracą z nazistami, zarabianiem na przymusowych robotnikach i produkcją wojenną. Choć wielu historyków zdawało sobie sprawę z tego, jak wyglądała kooperacja czołowych niemieckich koncernów z Hitlerem i jego poplecznikami, to jednak dopiero pod koniec XX wieku i w pierwszych latach obecnego stulecia otwarto firmowe i państwowe archiwa. Dopiero wtedy doszło do rozliczeń. Liczyli, że wojna się szybko skończy Jedną z firm, która z aktywnie zaangażowała się w produkcję pojazdów wojskowych, był Daimler-Benz, który produkował auta marki Mercedes. Choć firma działała już od dziesięcioleci i była doskonale znana z produkcji drogich i luksusowych samochodów, to w 1937 roku produkowała też pojazdy ciężarowe, które dostarczała niemieckiej armii. Czołowym produktem marki, o którym Daimler informuje w swojej oficjalnej historii, była ciężarówka LG 3000, która była częstym widokiem na drogach krajów podbitych przez Niemców. Z czasem, w swoich fabrykach w Marienfelde i Genshagen, koncern zaczął też produkcję lotniczych silników DB 600 i DB 601. Zapotrzebowanie na nie było tak duże, że drugi z wspomnianych zakładów wybudowano specjalne w tym celu w podberlińskim lesie – tak, by nie był łatwy do zlokalizowania. Foto: Daimler Ciężarówka produkowana przez koncern Daimler Właśnie produkcji zbrojeniowej, na potrzeby niemieckiej armii, Daimler-Benz zawdzięczał bardzo szybki wzrost przychodów. Ówczesny zarząd koncernu, już po inwazji na Polskę, sądził, że wojna potrwa bardzo krótko i pozwoli utrzymać produkcję cywilną. Opinii tej nie zmienił też blitzkrieg we Francji. Do końca 1941 trwała więc równolegle produkcja dla wojska oraz cywilna. Od czasu pierwszych niepowodzeń na froncie wschodnim stało się jednak jasne, że walki potrwają długo. Produkcja cywilnych samochodów zakończyła się ostatecznie w 1942 roku, a Daimler skupił się na produkcji i montażu uzbrojenia dla piechoty, floty i sił powietrznych. Foto: NAC Półgąsienicowy pojazd ciężarowy Daimler-Benz LR-75 "Zwitter" Po inwazji na Związek Radziecki, produkowano coraz więcej części zamiennych dla wojskowych pojazdów oraz silników lotniczych. Rosło zatem zapotrzebowanie na robotników, których stale brakowało. Młodzi i silni mężczyźni byli przecież wysyłani na front. Początkowo deficyt siły roboczej uzupełniano, zatrudniając kobiety, lecz szybko okazało się, że to nie wystarczy. Foto: NAC Nazistowski gubernator w limuzynie Mercedesa - uroczystości na Błoniach Krakowskich W fabrykach Daimlera pojawili się więc robotnicy przymusowi: jeńcy wojenni, cywile zmuszani do pracy oraz więźniowie z obozów koncentracyjnych. Co ciekawe, jak wynika z oficjalnej historii tej niemieckiej firmy, pracownicy pochodzący z zachodu Europy początkowo mieszkali w pensjonatach, w prywatnych kwaterach lub w budynkach szkół. Z kolei osoby pochodzące ze wschodu – kwaterowane były w bardzo złych warunkach, w barakach (w obozach pracy). Z kolei więźniowie obozów koncentracyjnych, głównie Żydzi i ludność pochodząca ze wschodu Europy, byli pod nadzorem SS i nierzadko żyli w nieludzkich warunkach. Daimler „wypożyczał” tę tanią siłę roboczą od SS, płacąc za tę „usługę”. Historycy szacują, że w sumie niemiecki koncern wykorzystywał około 40 tys. robotników przymusowych, co oficjalnie przyznano w połowie lat 80, czyli wiele dziesięcioleci po wojnie. Foto: Audi Diler Auto Union Auto Union, czyli protoplasta Audi Z pracy robotników przymusowych chętnie korzystał też koncern Auto Union, który po wojnie przekształcił się w Audi – dzisiejszego producenta samochodów klasy premium należącego do Grupy Volkswagena. W trakcie wojny firma ta produkowała czołgi i silniki lotnicze. Jak wynika ze statystyk, w sumie pracowało w niej około 20 tys. robotników, w tym więźniów obozów koncentracyjnych ubranych w „pasiaki” i pilnowanych przez strażników z SS. Audi dopiero w 2014 roku oficjalnie przyznało się do współpracy z nazistami. Do archiwów tej firmy dopuszczono dwie osoby: historyka z uniwersytetu w Chemnitz Rudolfa Bocha oraz Martina Kukowskiego z departamentu historii Audi. Wspólnie napisali oni liczącą 500 stron książkę o wojennej historii Auto Union. Wynika z niej, że sukces Auto Union, firmy powstałej w 1932 z połączenia mniejszych manufaktur, został zbudowany na ludzkim cierpieniu i nieszczęściu. Foto: NAC Front wschodni - pojazd Auto Union Odpowiedzialnym za wykorzystywanie przymusowych robotników był ówczesny szef Auto Union, Richard Bruhn. W kierowanej przez niego firmie – w ramach umowy z SS – zatrudniano około 4 tys. więźniów obozów koncentracyjnych. Na tym jednak nie koniec. Kolejne 16 tys. to przymusowi robotnicy, którzy nie mieszkali wprawdzie w obozach koncentracyjnych, lecz w przyzakładowych, strzeżonych, nierzadko nieogrzewanych barakach. Jak podkreślają historycy, warunki życia w tych miejscach były niewyobrażalnie trudne. Co więcej, osoby po wypadkach, które zdarzały się dość często, wysyłano do obozu Flossenburg, w którym odbywały się egzekucje. Z kolei pod koniec wojny niemal 700 pracowników z zakładu w Zwickau wysłano w marszu śmierci do miejscowości Karlove Vary w dzisiejszych Czechach. Około połowa z nich zmarła w jego trakcie. Fakty są jednak takie, że – co podkreślają autorzy książki o Auto Union – praca przymusowa w czasach II Wojny Światowej była niezbędnym składnikiem niemieckiej maszyny wojennej. Warto przypomnieć, że nawet w ramach obozu w Auschwitz działała fabryka koncernu IG Farben, produkująca kauczuk. Volkswagen – dziecko Hitlera i Porsche Foto: Volkswagen Volkswagen 3 z 1935 roku - jeden z pierwszych prototypów O kolaboracji z nazistami trudno zaś mówić w przypadku Volkswagena. Dlaczego? Bo firma ta po prostu powstała na zamówienie niemieckich faszystów i z ich inicjatywy. Pomysł stworzenia samochodu dla ludu („volks” – lud, „wagen” – samochód) należał do Adolfa Hitlera. To on, już w 1934 roku, zdecydował, że musi powstać auto, które będzie mógł kupić każdy. Miał to być pojazd dla dwójki dorosłych i trójki dzieci, którym da się rozwinąć prędkość 100 km/h. W tym czasie zaledwie 2 proc. Niemców miało własne auta, a przecież Amerykanie od lat mieli już swojego Forda Model T. Hitler chciał, by w podobny sposób zmotoryzować Niemcy. Nowy model miał być przyznawany tym, którzy będą wpłacać 5 marek tygodniowo, przy średnich zarobkach rzędu 32 marek. Taki był cel. Do jego realizacji Hitler wybrał słynnego już wówczas projektanta Ferdinanda Porsche i jego firmę, która wówczas nosiła nazwę „Dr. Ing. h. c. F. Porsche GmbH”. Porsche szybko zaprojektował tanie auto, które kształtem przypominało powojennego Garbusa. Przed wybuchem wojny udało się nawet wybudować fabrykę w Fallersleben, w czym wydatnie pomógł Albert Speer, ceniony przez Hitlera ekspert od wielkich inwestycji i programów gospodarczych. Wtedy też powstało miasto Wolfsburg – jako miejsce, w którym mieli zamieszkać robotnicy nowej fabryki. Foto: Volkswagen VW 30 z 1937 roku Jednak – do września 1939 roku – wyprodukowano zaledwie kilkaset sztuk „auta dla ludu”. Ferdinand Porsche, zamiast auta dla mas, rozpoczął produkcję wojskową. Najbardziej znanym produktem zakładów Volkswagena był Kubelwagen, czyli niewielki i lekki pojazd terenowy z napędem na jedną oś. Wersje rozwojowe tego auta to Kommandeurswagen (przeznaczony dla dowódców) oraz Schwimmwagen (czyli amfibia). Samochody te doskonale sprawdziły się w trakcie działań wojennych i masowo były wykorzystywane przez Wehrmacht i Waffen-SS. Foto: Volkswagen Volkswagen Typ 166, z napędem 4x4, amfibia. W latach 1942-1944 zbudowano 14 263 egzemplarze Volkswagen, by zaspokoić popyt nazistowskich Niemiec na sprzęt wojskowy, korzystał oczywiście z niewolniczej pracy. Szacuje się, że firma ta zatrudniała około 12-15 tys. pracowników z różnego rodzaju obozów. Od kwietnia 1942 roku w okolicach Wolfsburga działał zresztą obóz pracy Arbeitsdorf, w którym zebrano więźniów z obozów Buchenwald, Sachsenhausen oraz Neuengamme. Zakład Volkswagena mógł zatem do woli korzystać z taniej siły roboczej. Była potrzebna, bo oprócz produkcji samochodów, z czasem firma zajęła się też naprawą bombowców Junkers Ju88, produkcją min oraz elementów rakiet V1. Foto: Volkswagen Volkswagen Type 82 z 1944 roku, na gaz drzewny Po wojnie fabrykami Volkswagena zarządzał brytyjski oficer i inżynier mjr. Ivan Hirst który wznowił produkcję taniego samochodu dla mas. Co ciekawe, mimo kierowania propozycji do licznych producentów aut z Ameryki, Francji i Wielkiej Brytanii, nikt nie chciał przejąć zakładów, nawet za darmo. Pewnie był to spory błąd, bo Volkswagen z firmy, która w 1946 roku była w stanie wyprodukować tysiąc samochodów, wyrósł na globalny koncern, z którym mogą rywalizować tylko nieliczni. Warto dodać, że oficjalnie Volkswagen przyznał się do zatrudniania przymusowych robotników dopiero pod koniec lat 90. Rodzina Quandtów i przyjaźń z nazistami Dziś najważniejszymi udziałowcami BMW jest rodzina Quandt, która przez długie dziesięciolecia po wojnie starała się przemilczeć przeszłość swoją i marki BMW. Dopiero w 2011 roku rodzina Quandtów przyznała, że Guenther Quandt – wówczas jeszcze nie mający związków z BMW – ściśle współpracował z nazistami (był członkiem partii nazistowskiej). Dzięki znajomości z Adolfem Hitlerem, Quandt zdobywał państwowe kontrakty, ale też mógł uczestniczyć w przejmowaniu firm, które odbierano Żydom. W czasie wojny, firmy należące do Quandtów dostarczały amunicję, karabiny, czy też baterie do U-Bootów. Zakłady te masowo wykorzystywały niewolniczą pracę, nie licząc się z warunkami życia robotników, z których wielu zmarło w głodu i wycieńczenia. Dopiero w 2016 roku rodzina oficjalnie przyznała, że takie fakty miały miejsce. Foto: NAC Motocykliści niemieccy na maszynach BMW A co z BMW? Firma, jak wiele innych niemieckich koncernów, także prowadziła w czasie wojny produkcję zbrojeniową, koncentrując się na silnikach lotniczych, choć jej ważnym produktem były też motocykle szeroko wykorzystywane przez niemiecką armię. Szacuje się, że do 1945 roku BMW wyprodukowało ponad 30 tys. silników dla samolotów śmigłowych. Co więcej, linie montażowe tej firmy opuściło też około 500 silników odrzutowych – do nowoczesnych samolotów, które Niemcy wykorzystywali pod koniec wojny. Oczywiście przy produkcji pracowali też więźniowie, z obozu koncentracyjnego w Dachau. Pod koniec wojny w BMW pracowało przeszło 20 tys. robotników przymusowych. Dziś żadna z niemieckich firm nie ukrywa swojej przeszłości. W archiwach, nawet na oficjalnych stronach internetowych, można znaleźć informacje o ich historii w trakcie II wojny światowej, choć – trzeba to przyznać – informacje te czasem trudno jest znaleźć. Cóż, nie ma się czym chwalić. Każda z firm, na przełomie XX i XXI wieku, uczestniczyła w wypłacie odszkodowań dla robotników przymusowych, wpłacając pokaźne sumy na konta Fundacji „Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość”. Materiał powstał dzięki współpracy Onet z partnerem - Narodowym Archiwum Cyfrowym, którego misją jest budowanie nowoczesnego społeczeństwa świadomego swojej przeszłości. NAC gromadzi, przechowuje i udostępnia fotografie, nagrania dźwiękowe oraz filmy. Zdigitalizowane zdjęcia można oglądać na Do tej pory nie raz można usłyszeć kąśliwe uwagi na temat wyposażenia polskiej armii z kampanii wrześniowej 1939 roku. Symbolem tego jest często powtarzany mit, jakoby polscy ułani atakowali niemieckie czołgi używając do tego celu szabel. Tymczasem genialnego uzbrojenia polskiej konstrukcji z czasów II wojny światowej było całkiem sporo. Sęk w tym, że zostało ono wyprodukowane w zbyt małych ilościach, a niektóre sektory zostały zaniedbane, jak np. produkcja nowoczesnych myśliwców. Prawda jest taka, że Polska nie mogła wygrać sama kampanii z 1939 roku, chociażby z tego względu, że została zaatakowana przez dwie ówczesne potęgi z dwóch stron. W tej sytuacji nie obroniłoby się na miejscu Polski żadne państwo z tamtych czasów. Gdyby jednak hipotetycznie Polska musiała mierzyć się z samymi Niemcami, a zaprezentowanego w tym artykule polskiego uzbrojenia było znacznie więcej, to na pewno konfrontacja trwałaby znacznie dłużej, a to mogłoby wpłynąć na losy całej wojny. Szczególnie znając bitność polskich żołnierzy z kampanii wrześniowej, zaprezentowaną przykładowo podczas sławnej bitwy pod Wizną. A oto polskie uzbrojenie z czasów II wojny światowej, którego na pewno nie musimy się wstydzić: 1. Karabin przeciwpancerny wz. 35 (Ur) Do połowy lat 30-tych Polacy faktycznie nie posiadali wyspecjalizowanej broni przeciwpancernej. Jednak nasze służby wywiadowcze nie były ślepe i dostrzegły zbrojenia zarówno Niemiec, jak i ZSRR w broń pancerną. W tej sytuacji postanowiono stworzyć rodzimy karabin przeciwpancerny, inspirowany dokonaniami niemieckiego inżyniera Hermanna Gerlicha. Pracował nad nim cały zespół ekspertów z różnych dziedzin batalistyki, aerodynamiki. W efekcie tych działań, w listopadzie 1935 przedstawiono model karabinu wz. 35. Czasami nazywa się ten karabin Ur lub Urugwaj - posiadanie tej broni przez Wojsko Polskie było owiane tajemnicą, a oficjalnie produkcja elementów karabinu była związana z eksportem karabinów do Urugwaju. Pracował nad nim cały zespół ekspertów z różnych dziedzin balistyki, aerodynamiki. W efekcie tych działań, w listopadzie 1935 przedstawiono model karabinu wz. 35. Czasami nazywa się ten karabin Ur lub Urugwaj - posiadanie tej broni przez Wojsko Polskie było owiane tajemnicą, a oficjalnie produkcja elementów karabinu była związana z eksportem karabinów do Urugwaju. Jak broń ta działała? Karabin posiadał długą lufę 1200 mm, dla tej broni stworzono także specjalny rodzaj naboi 7,9 mm. Prędkość wystrzelanego pocisku wynosiła około 1300 m/s i z odległości 300 metrów przebijał on pancerz grubości 15 mm, a z odległości 150 metrów nawet 33 mm. Ideą tej broni było zatem przebicie przez pocisk pancerza czołgu i rażenie odłamkami jego załogi. W sierpniu 1939 w rękach Wojska Polskiego było około 3500-4500 sztuk karabinów wz. 35. Nie ma zbyt wielu relacji na temat tego, jak karabin sprawdzał się w 1939 roku, jednak na podstawie nielicznych istniejących można ocenić, że była to naprawdę bardzo skuteczna broń. Oto relacja rotmistrza Zbigniew Szacherskiego z 7. pułku strzelców konnych wielkopolskich: „Tymczasem również na odcinku 3. i 4. szwadronu pojawiły się czołgi. Przy szwadronach nie było działek przeciwpancernych, a możliwości otwartej walki przeciwko czołgom, przy pomocy karabinów maszynowych i rusznic, było problematyczne. Toteż por. Groniowski, po pierwszych bezskutecznych strzałach, wydał 4. szwadronowi rozkaz krycie się wśród rozwalonych chałup. Sam wyrwał strzelcowi rusznicę przeciwpancerną (karabin ppanc. wz. 35 Ur) i otworzył ogień na pobliskie czołgi. Po chwili udało mu się unieruchomić, a wreszcie zmusić do milczenia jeden z nich. Jak stwierdziliśmy po walce, w samotnym pojedynku człowieka z czołgiem zwyciężył por. Groniowski, gdyż od strzałów z rusznicy, które wielokrotnie przebiły pancerz, legła cała załoga”. 2. Czołg 7TP Polska we wrześniu 1939 rzeczywiście miała niewiele czołgów w porównaniu do Niemiec – 343 sztuk do 3346, a zatem można powiedzieć, że niemal 10-krotnie mniej. Spośród tych nielicznych czołgów większość stanowiły francuskie Renault, w tym 120 maszyn jeszcze z czasów I wojny światowej. Faktem jednak jest, że Polska miała swojego znakomitego asa w rękawie, rodzimą konstrukcję - czołg lekki 7TP. Seryjna produkcja czołgu 7TP ruszyła w 1935 roku. Posiadał on armatę Bofors kal. 37 mm oraz karabin maszynowy Browling. Zdecydowaną większość niemieckich czołgów podczas kampanii wrześniowej stanowiły Panzer I i Panzer II – z czego pierwszy jako uzbrojenie posiadał jedynie dwa karabiny maszynowe MG-34, a drugi armatę kalibru 20 mm, a zatem polski czołg był lepszy pod względem uzbrojenia, miał także grubszy pancerz od Panzer I i niektórych wersji Panzer II. Warto podkreślić, że w fazie przygotowania były także czołgi 10TP i 14TP o jeszcze lepszych konfiguracjach od 7TP. Jak w praktyce radził sobie 7TP? Oto fragment relacji dowódcy 2 kompanii czołgów kpt. Konstantego Hajdenki z dnia 6 września 1939: „Otrzymuję bardzo silny ogień działkowy z lasu Wygoda i ogień artylerii z południowego brzegu rzeczki. Ukazują się czołgi po szosie z leśniczówki Wygoda (około 6). Pojedynek ogniowy z odległości 400−500 metrów, moje czołgi skupiają się około mojego czołgu − prowadzimy ogień z miejsca, nasze działka bardzo celne, niemieckie czołgi palą się i zaprzestając ognia chowają się do lasu”. Niestety, w dużej mierze ze względów finansowych, wyprodukowano tylko 132 czołgi 7TP. Zbyt mało, aby ich wykorzystanie mogło wpłynąć znacząco na przebieg wojny. Polacy posiadali także około 600 tankietek rodzimej produkcji - TK-3 i TKS, ale sprawdzały się one głównie jako pojazd rozpoznawczy, a także umiarkowanie przeciwko piechocie – miały słaby pancerz, zatem łatwo było je zniszczyć przy pomocy broni przeciwpancernej. 3. PZL-37 „Łoś” Jeśli chodzi o myśliwce, Wojsko Polskie faktycznie znacznie ustępowało pola Niemcom –Meserschmitty Me 109 i Me 110 były znacznie lepszymi maszynami od polskich PZL i PZL Trzeba jednak pamiętać, że polscy konstruktorzy pracowali już nad nowymi maszynami i istniało kilka prototypów, jak PZL-50 „Jastrząb”, nie weszły one jednak do produkcji seryjnej, zatem ciężko ocenić wartość bojową tych konstrukcji. Jednak jeśli chodzi o bombowce, to ukończony w 1936 roku bombowiec PZL-37 „Łoś”, nie ustępował jakością głównemu niemieckiemu bombowcowi z września 39, Heinkel He-111, a niektórymi istotnymi parametrami nawet go przebijał – „Łoś” mógł udźwignąć 2500 kg bomb, podczas gdy niemiecka maszyna tylko 2000 kg. O jakości tej maszyny świadczy też duże zainteresowanie nią innych państw. Maszyny PZL-37 „Łoś” kupić chcieli Grecy, Bułgarzy, Turcy, Rumuni, zakupić licencję na produkcję „Łosia” chciała także belgijska fabryka Renard. Do 1 sierpnia 1939 roku zebrano 55 zamówień na PZL-37, ale nie zrealizowano ich przez wybuch wojny. Mimo wyprodukowania niemal 100 „Łosi”, w walkach we wrześniu 1939 wzięło udział tylko 36 maszyn (reszta nie była gotowa do akcji bojowej). Najwięcej wiadomo o ich efektach działań z 4 i 5 września – wtedy to „Łosie” zaatakowały XVI Korpus Pancerny. Efektem ataku były starty XVI Korpusu na poziomie 30 proc. i 2 dni opóźnienia marszu. Polskie bombowce zestrzeliły wtedy też 2 myśliwce Messerschmitt Me-109. Straty własne wyniosły 9 maszyn i trzeba przyznać, że nie jest to zły rezultat biorąc pod uwagę fakt, że polskie bombowce latały bez obstawy myśliwców. Podsumowując, mieliśmy w 1939 znakomite bombowce, ale po pierwsze było ich, jak wszelkiej nowoczesnej broni w Wojsku Polskim, zbyt mało, a po drugie nie posiadaliśmy odpowiednich myśliwców, które powinny chronić „Łosie” podczas akcji. 4. Armata przeciwlotnicza wz. 36/37 kal. 75 mm Kolejny przykład na to, że Polacy wcale nie przeoczyli nowych trendów w światowej wojskowości i skierowania nacisku na rozwój lotnictwa oraz wojsk pancernych. W celu zwalczania samolotów wroga, polskie władze postanowiły zlecić opracowanie armaty przeciwlotniczej Starachowickim Zakładom Górniczym (przemianowanym po wojnie na słynną Fabrykę Samochodów Ciężarowych „Star”). W wyniku prac polskich inżynierów, ostateczna wersja działa kal. 75 mm została zatwierdzona w 1937 roku i wprowadzona do produkcji seryjnej. Działo produkowano w dwóch wersjach – wz. 36, które wyróżniało się posiadaniem własnej trakcji mechanicznej, a także wz. 37, które było odmianą półstałą, transportowaną za pomocą ciągników. Jeśli chodzi o najważniejsze dane techniczne armaty, to potrafiła ona zestrzelić samolot lecący na wysokości 9,5 km, prędkość pocisku wynosiła 800-950 m/s i można było z niej oddać 20-25 strzałów na minutę. Do wybuchu wojny niestety zdołano wyprodukować zaledwie 52 armaty tego typu. O skuteczności tych dział mówią same za siebie wyniki 101 dywizjonu (3 baterie po 4 działa), który wedle monografii „Armata przeciwlotnicza 75mm wz. 36 strącił 16 samolotów nieprzyjaciela. Dywizjon ten stacjonował w Warszawie w pierwszym tygodniu września, a następnie przemieszczał się na południe aż do Węgier. Taka liczba zestrzeleń, biorąc pod uwagę długi czas poświęcony na przemieszczanie dział, wygląda bardzo przyzwoicie. A to nie jedyna formacja dysponująca tymi działami, która osiągnęła znakomite rezultaty - jeszcze okazalej wyglądają dokonania 9 samodzielnej baterii – jej 4 działa zniszczyły aż 11 samolotów wroga. Powyższe liczby pokazują, że były to znakomite armaty i gdyby Wojsko Polskie w 1939 roku miało ich nie 52, a np. 520 sztuk, ich umiejętne wykorzystanie z pewnością mogłoby nawet całkowicie sparaliżować działania lotnictwa niemieckiego. Polacy nie gęsi, iż swoją broń mają Powyższe uzbrojenie pokazuje, że Polacy we wrześniu nie tylko wykazali się wielką odwagą w walce nierównej walce, ale posiadali także niewielkie ilości znakomitych rodzimych konstrukcji, których zdecydowanie większa liczba mogła wpłynąć na losy wojny. A warto zaznaczyć, że nie jest to całość skutecznego uzbrojenia stworzonego przez Polaków – warto pamiętać też chociażby o pistoletach 9mm wz. 35 „Vis”, które były tak dobre, że podczas wojny produkowali je także Niemcy, pod zmienioną nazwą „Pistole 35(p)". Polacy mieli pomysły na bardzo dobrej jakości broń przed wybuchem wojny, a część z nich zdążyli zrealizować. Głównym powodem faktu, że plan modernizacji wojsk nie udał się w całości, był krótki czas, jaki Polska miała na przygotowanie się do wojny – wejście do wojny nawet rok później już skutkowałoby posiadaniem przez Polskę znacznie lepszego uzbrojenia - oraz istotna przeszkoda, jaką były mocno ograniczone fundusze młodego państwa. Należy pamiętać, że wciąż pokutowały problemy wynikające z tego, że Polska po 1918 roku była państwem odrodzonym po 123 latach niebytu z trzech bardzo różnych zaborów. Autor: Adam Stankiewicz Najczęściej zadawane pytania - FAQ Jaka była słabość polskiego uzbrojenia w czasie II Wojny Światowej? W pierwszej kolejności należy obalić mit, jakoby Polska miała słabą, czy zacofaną broń. Faktem jest, że Polsce zabrakło nowoczesnych (w porównaniu z niemieckimi) myśliwców, niemniej posiadała również parę atutów, które nie mogły zostać w pełni wykorzystane do obrony. To, co było prawdziwym problemem, to niedostateczne środki produkcji i za mała ilość wyprodukowanych zbrojeń. Co spowodowało, że Polska była niedostatecznie uzbrojona do walki? Jednym z powodów, dla których Polska była na słabszej pozycji, było to, że niepodległość odzyskała stosunkowo niedawno. Polska przez ponad stulecie pozostawała pod zaborami. Między jedną, a drugą wojną nie miała szans odbudować się gospodarczo, co przełożyło się na uzbrojenie w czasie II Wojny światowej. Jakie są przykłady bardzo dobrej, polskiej broni z czasów II Wojny Światowej? Jeden bardzo ciekawy przykład to karabin przecipancerny wz. 35, znany również jako Ur. Został zaprojektowany specjalnie przeciw broni pancernej Niemiec i ZSRR. Istnienie karabinu było trzymane w sekrecie. Kolejnym przykładem może być czołg 7TP, który doskonale radził sobie w praktyce, odpierając czołgi niemieckie, a także bombowiec PZL-37 "Łoś" i armata przeciwlotnicza. Jaki był prawdziwy potencjał polskiej broni z czasów II WŚ? Przykładem niezrealizowanego potencjału jest wspomniana już armata przeciwlotnicza wz. kal 36/37 75 mm, która w drodze na Węgry zestrzeliła 16 samolotów wroga, co było bardzo dobrym wynikiem. Trzeba mieć na uwadze, że Polska miała dziesięciokrotnie mniejsze zasoby, niż Niemcy (samych polskich czołgow było 343 w porównaniu z 3346 czołgów niemieckich). Gdyby tych armat było więcej, można założyć, że z takim wynikiem, sparaliżowyłyby lotnictwo wroga. Inne artykuły, które mogłyby Cię zainteresować: Polska broń używana za granicą - o polskim uzbrojeniu, które jest hitem eksportowym. Które banki wciąż możemy nazywać polskimi? - zdecydowana większość działających w Polsce banków jest w rękach kapitału zagranicznego. Na całe szczęście, nie wszystkie.

bronie niemieckie z 2 wojny światowej